5.05.2015

00. Sztorm

Wciąż pytał, uderzał pięściami o ścianę, za którymi skrywała się niewyjaśniona prawda. Sęk w tym, że dziewczyna nieświadomie odgradzała go od faktów, za co zadawał jej duszy coraz boleśniejsze ciosy, a ta, umęczona zwijała się w kącie. Szatynce po uszy wysłuchiwać było tych monotonnych interpelacji, na których odpowiedzi nawet nie znała. Tamto zdarzenie tak po prostu zawieruszyło się w jednym z tysiąca wersów jej wspomnień. Nie znała jego źródła, dnia w którym powstało, ale było i bolało coraz bardziej z każdą sekundą. Szesnastolatek nie mógł mieć pretensji o coś, czego sama nie rozumiała.
- Kaya, ile razy mam powtarzać, że nic takiego nie miało miejsca?! - Wzruszył ramionami, a górne kończyny, którymi wcześniej  miotał jak szatan, wreszcie skrzyżował na piersiach. Chciał wyglądać wiarygodnie, czysto, ale jego towarzyszka wiedziała, że nic sobie nie ubzdurała. Blondyn miał ją za łatwowierną. Naprawdę pomyślał, że uda mu się owinąć ją wokół palca i wcisnąć każdą bajkę? Nie była głupia. Próbował przecież wmówić jej absurd, choć Kaja doskonale pamiętała zapach tamtej świeżo pomalowanej szatni, a pogardliwe śmiechy  uczniów wciąż rozdrapywały strupy w jej uszach. - Nigdy. 
- Znajdź sobie inną zabawkę, Miles. To, że cholernie cię kocham, nie znaczy, że nie chcę przestać. 
 I zamknęła oczy, sklejone od łez rzęsy nie zdołały utrzymać ciężaru jej powiek, jakim był żal i gniew. Łaknęła na nowo obudzić się w świecie, w którym nie byłoby jej mrocznej sympatii, a czarno-białe wspomnienie nabrałoby wiosennych barw. Tyle tylko, że wciąż stała sparaliżowana w swoim pokoju. Jedynym miejscem, do którego mogłaby się udać, była łazienka, w której swoją drogą lubiła przebywać. 
 Lustro, na których od lat widniały drobne rysy i choć z daleka niewidoczne, z pewnością były głębokie, niczym rany. Tak jak blizny zakrywa się pod odzieżą, lub plastrami, tak Kaya kreskę na zwierciadle okleiła nalepką w kształcie serca, która teraz na rogach była poszarpana i przyżółkła.
Jak ukryć piętno po ranie zadanej przez jej miłość?
Chwyciła stertę chusteczek, leżących na umywalce. Jej ręka wisiała w powietrzu, gotowa otrzeć łzy, kiedy w odbiciu ujrzała męską sylwetkę, pogardliwie wpatrującą się w odzwierciedlenie jej smutnej twarzy.
- Naprawdę myślisz, że ktoś okaże ci litość? - wymamrotał głosem pełnym okrucieństwa. Jednak do jej uszu nie docierało nic, oprócz jej własnego, przyśpieszonego oddechu. Była najzwyczajniej w świecie przerażona zamiarami na oko szesnastoletniego szatyna, który znikąd pojawił się w jej toalecie. Milczała, oczekując najgorszego, aż w końcu doszło do niej, że sama modli się o sztorm, a przecież nie umie pływać. Co jeśli wypadnie z łódki i zacznie tonąć? Kto jej pomoże? Kto okaże litość? 
Tyle, że nie miała pod ręką nic, czym mogłaby się obronić, była zbyt spanikowana, by myśleć logicznie. Pytania, które niegdyś przechowywała w szczelinach swojego umysłu, teraz przedarły się przez cieśninę i zaatakowały ją. Jedną dłonią złapała się za ucho, natomiast drugą oparła o lustro.
- Nie potrzebuję litości. 
Błyskawicznie przemieścił się trzy metry dalej, teraz stojąc tuż za Kają. Jego błękitne oczy raptownie wypełniła czerń, pustka dominowała nad zmysłowością, jaka wcześniej intrygowała dziewczynę. Czuła na swojej szyi jego wilgotny oddech, wręcz charczenie w jej włosach. 
- Strata chłopaka boli, prawda? - zaśmiał się pod nosem, kiedy ta zamykała powieki, nie chcąc widzieć jego chytrego uśmieszku. 
- Kim jesteś? - zerknęła na niego przez ramię, przyglądając się jego twarzy. Dotknęła warg, po czym wyszeptała mu do ucha:
- Jesteś upadłym aniołem? 
Ponownie uśmiechnął się, choć tym razem nie był to złośliwy gest, po czym odrzekł półgłosem.
- Tobą.